Mam czas…

 

Największymi pochwałami, które ksiądz może usłyszeć z ust wiernych to określenia: „ten ksiądz jest z powołania” oraz… „ten kapłan ma czas”. Ciekawe. Zgoda na to, by poświęcić chwilę osobom, które tego potrzebują jest rzeczywistością, według której ludzie oceniają, czy ktoś jest wartościowy. Wydaje się, że ta prawidłowość nie dotyczy tylko księży. Również ludzie świeccy bardzo są doceniani przez swoich bliskich za to, że potrafią przystanąć w „codziennym biegu” i zrobić coś dla bliźniego.

Czas jest czymś bardzo cennym. Zgodnie z powiedzeniem: „czas to pieniądz”. Wcale nie, dlatego, że w jego trakcie zarabiamy, tylko z powodu jego wielkiej wartości dla całokształtu naszej osoby. Gdy go mamy, jesteśmy w stanie osiągać piękno, do którego stworzył nas Pan Bóg.

Nie każdy jednak, mimo tego, że ma duszę i wolną wolę, osiąga „duchowe wyżyny”. Dlaczego? Pewnie dlatego, że źle korzystał ze swojego czasu. Był on dla niego okazją do degradacji jego osoby. W końcu źle przeżyty czas, może być destruktywny. Tak to bowiem w naszym ludzkim życiu jest, że wszystko jest jak przysłowiowy kij, który ma dwa końce. Może posłużyć zarówno do dobra jak i do zła.

Warto się więc zastanowić, jak „mieć czas” w dobrym tego słowa znaczeniu.

Złotą myśl w tej kwestii zostawił nam św. Ignacy Loyola. Jego powiedzenie: „hic et nunc” czyli tłumacząc z łaciny: „tutaj i teraz” daje nam dobry drogowskaz, jak przeżywać darowany nam od Boga czas. Nie powinniśmy być w przeszłości, której już nie zmienimy, ani w przyszłości, która nie jest jeszcze do naszej dyspozycji. Łaska zawsze przychodzi na tę chwilę. Zgodnie ze słowami Modlitwy Pańskiej: „chleba powszedniego daj nam dzisiaj”. Gdybyśmy prosili o chleb na jutro, to jednocześnie zakładalibyśmy, że dzisiaj jest nieważne oraz Bóg już jutro o nas zapomni. Bóg przecież działa zawsze teraz i w tym miejscu. Dlatego dobre wykorzystanie czasu rozpoczyna się od chęci bycia sobą w konkretnym położeniu. Wbrew pozorom nie jest to takie łatwe. Boimy się przyjąć tego, kim jesteśmy, ponieważ to wymaga stanięcia w prawdzie. Gdy mówimy o przeszłości jest o wiele łatwiej, ponieważ zdajemy tylko relację z tego, co się już wydarzyło. Wiemy, że pewne szanse zostały wykorzystane, a niektóre „przeszły nam koło nosa”.

Tak samo w wypadku przyszłości. Możemy się „emocjonalnie nakręcać”, że na pewno coś osiągniemy, ponieważ w którymś tam momencie rozpoczniemy nad tym pracować. Jest to bardzo wygodne, ponieważ ciągle jesteśmy w bezpiecznym położeniu, które przekonuje nas, że „na pracę przyjdzie jeszcze czas”. Od razu przychodzi mi na myśl opowiadanie o osobie, która chciała rozpocząć dietę. Wieczorem nakleiła na łóżku kartkę: „od jutra się odchudzam”. Gdy wstała rano, ze spokojem stwierdziła: „ jak dobrze, że od jutra się odchudzam, bo dzisiaj będę mogła zjeść dużo łakoci”. I tak w nieskończoność.

Dlatego życie „tu i teraz” jest takie trudne. Nakłada ono na nasze barki świadomość, że coś trzeba „ruszyć” w temacie naszej osoby. Gdy przyjmujemy własną tożsamość w jej blaskach i cieniach, bez oszustw, że „już za późno na pracę”, ale to „jeszcze nie ten moment”, przeżywamy autentyczny czas łaski. Za każdym razem, gdy przyglądamy się naszemu wnętrzu czas przestaje być uciekającym między palcami okresem, który po prostu jest. Chwile nabierają głębi, gdy się je przeżywa świadomie i z przekonaniem, że Bóg patrzy na każdy nasz krok.

Z pojęciem czasu bardzo mocno łączy się kwestia wieczności. Obojętnie, co wykonujemy na ziemi, możemy powiedzieć, że „jest to niczym naprzeciw wieczności”. Tak właśnie mawiał jeden z moich duszpasterzy. Dlaczego to jest takie istotne? Gdy zestawimy nasze „ziemskie działania” z długością przebywania w życiu pozagrobowym, od razu dochodzi do nas, że nie jesteśmy jeszcze u siebie. Co to zmienia? Bardzo wiele… Wiemy, w co warto inwestować swój czas. Pomimo tego, że nie możemy żyć przyszłością, nasza doczesność, a precyzyjniej teraźniejszość, powinna być ukierunkowana na to, co odbędzie się w życiu wiecznym z Bogiem. Skoro aktualny stan jest tylko „przedsionkiem nieba”, to warto go przeżyć pod tym kątem. W chrześcijaństwie naszą doczesność nazywa się podniosłym terminem „czas miłosierdzia”. Rzeczywiście warto tak na to spojrzeć. Chociaż nie warto być „hej do przodu”, ani zbytnio w tyle swojej historii, warto „nasze teraz” uznawać za momenty, kiedy mamy możliwość „ustawić” się na „niebiańską przyszłość”. To jest jedyny wyjątek, kiedy warto pomyśleć o tym, co będzie później…

x. P.Ś.